Kaźń profesorów lwowskich

 

ZYGMUNT ALBERT
KAŹŃ PROFESORÓW LWOWSKICH W LIPCU 1941 ROKU

W trzecim roku II wojny światowej Niemcy hitlerowskie zdecydowały się uderzyć na Związek Radziecki. Przygotowały się do tego bardzo starannie, tak militarnie, jak i politycznie. Przy okazji zniszczenia wrogiego sobie ideologicznie państwa postanowili Niemcy rozprawić się nie tylko z Żydami i radzieckimi przywódcami, lecz również z polską inteligencją, zamieszkałą na wschód od Sanu. Nie chodziło tu o odstawienie wspomnianych warstw narodów do więzień czy obozów koncentracyjnych, lecz o fizyczne ich zniszczenie, o likwidację, jak to sami Niemcy powszechnie nazywali.

Posłuchajmy zresztą, co powiedział generalny gubernator Hans Frank na temat aresztowanych w 1939 r. krakowskich profesorów: „Nie da się opisać, ileśmy mieli zawracania głowy z krakowskimi profesorami. Gdybyśmy sprawę tę załatwili na miejscu, miałaby ona całkiem inny przebieg. Proszę więc Panów usilnie, by nie kierowali już Panowie nikogo więcej do obozów koncentracyjnych w Rzeszy, lecz podejmowali likwidację na miejscu lub wyznaczali zgodną z przepisami karę. Każdy inny sposób postępowania stanowi obciążenie dla Rzeszy i dodatkowe utrudnienie dla nas. Posługujemy się tutaj całkiem innymi metodami i musimy je stosować nadal1.

Przemówienie to wygłosił Frank do przedstawicieli SS i policji dnia 30 V 1940 r., ale nie zostało ono podane do wiadomości nawet ogółu Niemców. Polacy dowiedzieli się o tej złowieszczej groźbie dopiero po wojnie, ale odczuwali ją na własnym ciele już wcześniej, po rozpoczęciu wojny we wrześniu 1939 r. jako że zagłada inteligencji i w ogóle warstw przywódczych polskich została zadecydowana już przed wojną. Oskarżyciel brytyjski Sir David Maxwell-Fyfe w dniu 29 sierpnia 1946 r. w czasie 214 dnia rozprawy norymberskiej przytoczył przemówienie Himmlera, wygłoszone w 1941 r. do oficerów dywizji SS-Leibstandarte: „Bardzo często członkowie Waffen SS rozmyślają na temat deportacji, jakie tu mają miejsce. I mnie przyszło to na myśl, gdy patrzyłem na tak trudną pracę policji bezpieczeństwa wykonywaną tam przy pomocy naszych ludzi. Zupełnie tak samo było w Polsce podczas 40-stopniowego mrozu, gdy musieliśmy pędzić tysiące, dziesiątki tysięcy, setki tysięcy ludzi, gdy musieliśmy mieć w sobie dość bezwzględności, by — co powinniście usłyszeć, lecz natychmiast zapomnieć — rozstrzelać tysiące czołowych osobistości spośród Polaków”.

Dla tych celów zostały przez Heinricha Himmlera, ministra Rzeszy, naczelnego dowódcę hitlerowskiej policji i równocześnie dowódcę osławionej organizacji SS-Ochronnych Sztafet (Schutz-Staffeln), utworzone specjalne oddziały Einsatzkommanda. Jednostki te pod dowództwem wysokich oficerów SS i policji miały podążać tuż za armią, wkraczać z gotowymi listami proskrypcyjnymi do zdobytych miast, natychmiast aresztować prominentne osoby i rozstrzeliwać je. Hitler i Himmler przestrzegali, że działalność tych specjalnych oddziałów nie podlega kontroli ani prokuratur, ani sądów, a jakakolwiek próba mieszania się tych instancji w działalność oddziałów będzie tępiona.

Lwów został zajęty przez armię niemiecką 30 czerwca 1941 r., gorąco witaną przez część Ukraińców. Natychmiast pojawiły się na ulicach Lwowa liczne grupy młodzieży ukraińskiej z żółto-niebieskimi opaskami na ramieniu lub kokardami o tych barwach w klapie marynarek. Ci młodzi ludzie wywlekali z domów Żydów, każąc im sprzątać gołymi rękami szkło z rozbitych okien, gęsto zaścielające ulice. Następnego dnia weszło do miast kilka Einsatzkommando, wśród nich jedno pod dowództwem SS-Brigadenführera dra Eberharda Schoengartha. Ten człowiek w randze generała był już dobrze znany Polakom w Generalnej Guberni. Właśnie jego oddział na polecenie Himmlera aresztował profesorów krakowskich 6 XI 1939 r. i odesłał do obozów koncentracyjnych. Wielu z nich zmarło w obozie lub wkrótce po zwolnieniu. Grupa Schoengartha rozpoczęła swą działalność we Lwowie już następnego dnia po wkroczeniu, aresztując przede wszystkim Żydów. Dnia 2 lipca przed południem uwięziła b. premiera rządu Rzeczypospolitej, 59-letniego prof. Politechniki, Kazimierza Bartla. Żonę i córkę profesora natychmiast wyrzucono z mieszkania, pozwalając zabrać jedynie osobiste rzeczy. Profesora umieszczono w budynku dawnej dyrekcji elektrowni przy ul. Pełczyńskiej, gdzie była wówczas siedziba dowództwa grup Schoengartha.

Nikt z Polaków nie zdawał sobie sprawy, że aresztowanie prof. Bartla było tylko wstępem do tragedii, jaka rozegrała się w następnym dniu. Nocą z 3 na 4 lipca 1941 r. między godziną 22 a 2 kilka oddziałów złożonych z członków SS, policji i polowej żandarmerii pod dowództwem oficerów SS rozjechało się po mieście i przeprowadziło aresztowania profesorów wyższych uczelni we Lwowie. Poza profesorami zabierano wszystkich obecnych w mieszkaniu mężczyzn powyżej 18 roku życia. Na ogół panował pośpiech, kazano się szybko ubierać (część profesorów już spała), przeprowadzano zwykle powierzchowną rewizję, rabując przy tej okazji złoto, dewizy, inne przedmioty wartościowe i w jednym przypadku maszynę do pisania. Dowódcy poszczególnych grup przeprowadzających aresztowania dobrze wiedzieli, jaki los czeka zatrzymanych przez nich profesorów i ich synów. Syn prof. Cieszyńskiego, mimo, że miał 20 lat, nie został zabrany z ojcem. Widocznie drgnęło coś w sercu oficera i zlitował się nad matką. Był to jedyny wypadek niezabrania mężczyzny powyżej 18 lat. Komisarz policji Kurt, aresztujący prof. Sołowija, wypytywał jego córkę p. Mięsowiczową, czy ma jeszcze inne dzieci poza obecnym w mieszkaniu 19-letnim synem Adamem. Nie orientując się, o co chodzi oficerowi, powiedziała, że ma jeszcze córkę. Na następne pytanie, czy może z nią się widywać odpowiedziała twierdząco. To było zapewne ostateczną przyczyną, że syn jej został zabrany z 82-letnim dziadkiem. Te dwa wypadki świadczą o tym, że oficerowie aresztujący zabierając ojców mogli pozostawić bodaj synów przy życiu, ale jedyny wyjątek potwierdził tylko regułę okrucieństwa hitlerowskiego.

Kierownika Zakładu Anatomii Patologicznej, 63-letniego prof. Witolda Nowickiego, aresztowano z 29-letnim synem Jerzym, doktorem medycyny, starszym asystentem Zakładu Higieny. Jerzy dostał się we wrześniu 1939 r. do niewoli radzieckiej i dzięki usilnym staraniom ojca został z niej wiosną 1941 r. zwolniony, ale po pół roku został zamordowany wraz z ojcem przez hitlerowców. Pediatrę, 67-letniego prof. Stanisława Progulskiego, zabrano z synem, 29-letnim inżynierem Andrzejem. Szczęśliwie drugiego dorosłego syna nie było wówczas w domu, dzięki czemu ocalał od masakry.

Wraz z 70-letnim prof. medycyny sądowej Włodzimierzem Sieradzkim aresztowano jego sublokatora Wolischa, a z 44-letnim prof. chirurgii Władysławem Dobrzanieckim jego rówieśnika, przyjaciela, dra prawTadeusza Tapkowskiego i męża gospodyni domu Eugeniusza Kosteckiego. Gestapowcy zapytali Kosteckiego, czy należy do służby, a gdy zaprzeczył, zabrali go.

Napad na dom internisty prof. Jana Greka doprowadził również do uwięzienia znanego wybitnego krytyka i tłumacza arcydzieł literatury francuskiej, Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który uciekł we wrześniu 1939 r. przed Niemcami z Warszawy i schronił się u swego szwagra, jako że obaj pożenili się z siostrami Marią i Zofią Pareńskimi, uwiecznionymi przez Wyspiańskiego w Weselu. Grek i Boy-Żeleński mieli w chwili śmierci po 66 lat.

W domu 60-letniego chirurga, prof. Tadeusza Ostrowskiego zastał oddział Einsatzkommanda większą liczbę osób. Schronił się tu jego przyjaciel, uczeń Rydygiera, 69-letni chirurg Stanisław Ruff z żoną Anną i 30-letnim synem inżynierem Adamem, pielęgniarka i społecznica Maria Reymanowa, nauczycielka języka angielskiego Katarzyna Demko i 29-letni ksiądz, dr teologii Władysław Komornicki, którego brat był ożeniony z jedną z córek pani Ostrowskiej z pierwszego małżeństwa. Wszystkich mężczyzn uprowadzono.

W domach Greków i Ostrowskich nie skończyło się na zabraniu mężczyzn. Po 2 godzinach wrócili zwiastuni śmierci ponownie i wśród jeszcze większego pośpiechu zabrali wszystkie kobiety, w tym i służbę. Nie ulega wątpliwości, że celem wymordowania właścicieli i współmieszkańców tych dwóch domów był zwykły rabunek. Oba mieszkania były bardzo zamożne, pełne antyków, cennych dywanów, obrazów. Hitlerowcy mogli słusznie domyślać się, że znajdą tu również dużej wartości klejnoty i złoto. Uważając mieszanie Ostrowskich za bezpieczne, oddały arystokratyczne rodziny Badenich i Jabłonowskich na przechowanie swe najcenniejsze rzeczy, nic więc dziwnego, że hitlerowcy postanowili wszystko to zagrabić. Mógł w tym mieć swój udział Holender Pieter Nikolaas Menten, który kupiwszy po I wojnie światowej majątek w Polsce znał dobrze stosunki lwowskie i bywając w domach zamożnych, w tym i profesorskich, dobrze wiedział, które domy były szczególnie zamożne. Faktem jest, że człowiek ten, wówczas w mundurze formacji SS, uzyskał z gestapo świadectwo zgonu państwa Ostrowskich, dzięki czemu mógł kupić za bezcen ich mieszkanie, a być może i mieszkanie Greków. Czy był on już we Lwowie w czasie aresztowania profesorów, czy może był nawet jednym z aresztujących, tego sąd holenderski nie dowiódł. Udowodniono mu natomiast w sądzie amsterdamskim wymordowanie na czele gestapowców dużej grupy Polaków i Żydów — swych sąsiadów w jego majątku Uryczu i w Podhorodcach. Była to z jego strony zemsta osobista połączona z masakrą dokonaną na Żydach. Świadczy to, że ten człowiek nie zawahałby się przed wymordowaniem profesorów, by zagarnąć ich majątek.

Tej pamiętnej nocy aresztowano doc. ginekologii, 49-letniego Stanisława Mączewskiego i 40-letniego docenta okulistyki Jerzego Grzędzielskiego. Ten ostatni został zabrany w miejsce nie żyjącego już swego szefa,prof. Adama Bednarskiego. Gdy hitlerowcy wtargnęli do mieszkania wdowy i ta oświadczyła, że mąż nie żyje, zapytano ją kto jest następcą. Zgodnie z prawdą i niczego nie przeczuwając podała Bednarska nazwisko Grzędzielskiego. Gestapowcy pojechali natychmiast do jego mieszkania i uwięzili go.

Prof. Roman Rencki, 74-letni internista, wyszedł przed 3 dniami z więzienia i teraz wpadł w szpony gestapo; 51-letni chirurg prof. Henryk Hilarowicz został również dołączony do grupy aresztowanych. Był on trzecim wybitnym chirurgiem uwięzionym tej nocy.

Obok Wydziału Lekarskiego, który stracił jednej nocy 12 profesorów i docentów, Politechnika utraciła ich wraz z prof. Bartlem ośmiu. Kierownik Katedry Matematyki 57-letni Włodzimierz Stożek został aresztowany z 2 synami: 29-letnim inżynierem Eustachym i 24-letnim absolwentem politechniki Emanuelem. Kierownika Katedry Miernictwa 61-letniego prof. Kaspra Weigla zabrano wraz z 33-letnim synem, mgrem praw Józefem. Aresztowany 52-letni kierownik Katedry Mechaniki Teoretycznej prof. Kazimierz Vetulani mieszkał samotnie i tylko sąsiadka Lidia Szargułowa widziała przez szybę w drzwiach, jak pogwizdującego sprowadzali gestapowcy po schodach do auta.

Taki sam los spotkał 55-letniego kierownika Katedry Pomiarów Maszynowych prof. Romana Witkiewicza. Wraz z nim zabrano jego sublokatora, woźnego Politechniki, Józefa Wojtynę. Tejże nocy inna ekipa aresztowała brata żony prof. Witkiewicza, a to 43-letniego kierownika Katedry Chorób Zakaźnych Zwierząt Małych Akademii Medycyny Weterynaryjnej, prof. Edwarda Hamerskiego.

Wśród pozostałych uwięzionych członków Politechniki znalazł się 60-letni kierownik Katedry Technologii Nafty i Gazów Ziemnych prof. Stanisław Pilat. Tego wybitnego znawcę wymienionej dyscypliny w kilka dni po jego śmierci poszukiwały władze niemieckie, pragnąc wykorzystać jego dużą wiedzę. Za późno. Ofiarą gestapo padł również 53-letni kierownik Katedry Pomiarów Elektrycznych i kierownik Laboratorium Elektrotechnicznego,prof. Włodzimierz Krukowski. Ostatnim wśród 8 aresztowanych profesorów Politechniki był 60-letni kierownik Katedry Matematyki, Antoni Łomnicki.

Poza 12 profesorami Wydziału Lekarskiego Uniwersytet stracił tej pamiętnej nocy jeszcze 2 profesorów. Jednym z nich był już wspomniany kierownik Katedry Romanistyki Tadeusz Boy-Żeleński, drugim 56-letni kierownik Katedry Prawa Cywilnego prof. Roman Longchamps de Berier. Wraz z ojcem Romanem zabrano aż 3 synów: 25-letniego Bronisława, absolwenta Politechniki, 23-letniego Zygmunta, również absolwenta Politechniki, i 18-letniego Kazimierza, absolwenta liceum. Jedynie czwartego, 16-letniego syna, pozostawiono nieszczęsnej matce.

Zachowanie się gestapowców w czasie aresztowania było zróżnicowane: rzadziej od względnie łagodnego, częściej do brutalnego. Dr Hilarowiczowa opowiadała mi, że gdy mąż ubierał się, a ona była silnie podenerwowana, oficerowie gestapo trzymając na rękach i głaszcząc jej dwa koty pokpiwali, pytając dlaczego ona się tak denerwuje, czyżby nie wierzyła w niewinność swego męża? A przecież dobrze wiedzieli, że zabierają całkowicie niewinnego męża na śmierć.

Olga Nowicka chciała wręczyć mężowi mydło i ręcznik, na co usłyszała brutalną prawdę: „On tego nie potrzebuje”. Gdy w kilka tygodni później pocieszałem ją, że mąż i syn przebywają gdzieś w obozie, stale słyszałem jej rozpaczliwe pytanie, dlaczego gestapowiec powiedział, że „on tego nie potrzebuje?” Niestety, on dobrze wiedział co mówi.

Wtargnąwszy do domu prof. Longchamps de Berier zachowywali się brutalnie, wytrącili profesorowi papierośnicę z ręki, nie pozwolili wziąć płaszczy, krzyczeli, że nie będą im potrzebne, nie pozwolili żonie i matce pożegnać ani odprowadzić do bramy swych najbliższych.

Prof. Cieszyńskiemu nie pozwolono wziąć lekarstwa nasercowego, które od dłuższego czasu zażywał. W mieszkaniu Ostrowskich, Cieszyńskich, Greków, Hilarowiczów rabowali przede wszystkim złoto, biżuterię i obce pieniądze, wypychając nimi swe kieszenie. Jak pisała gospodyni prof. Dobrzanieckiego, Józefa Kostecka, hitlerowcy opróżnili kasę z biżuterii i dolarów, zabrali 3 pary irchowych rękawiczek i inne rzeczy, które zapakowali do walizki. W domu były antyki, dywany perskie, obrazy znanych malarzy polskich; wszystko to zostało zrabowane i wywiezione trzeciego dnia po morderstwie.

Wszystkich aresztowanych zwożono do b. Zakładu im. Abrahamowiczów, znajdującego się przy ul. Abrahamowiczów (obecnie ul. Boya). Zachowanie się gestapowców wobec uwięzionych w tym budynku było niesłychanie brutalne: inż. Adama Ruffa zastrzelono, gdy dostał ataku epileptycznego, panią Ostrowską zmuszono do zmywania krwi z podłogi, a gdy w czasie mycia wypadł jej zza bluzki woreczek z kosztownościami gestapowiec nie tylko, że go odebrał, ale kopnął ją z całej siły.

Oto, co mówił prof. Groër, jedyny z aresztowanych profesorów, który ocalał:
„Zawieziono nas do bursy Abrahamowiczów. Samochód wjechał na podwórze: brutalnie popychając wtłoczono nas do budynku i ustawiono w korytarzu twarzą do ściany. Było tam już wielu profesorów. Głowy kazali nam opuścić w dół. Jeżeli ktoś się poruszył, uderzali go kolbą albo pięścią w głowę. Raz, gdy wprowadzono nową grupę aresztowanych, spróbowałem odwrócić głowę, ale otrzymawszy natychmiast uderzenie kolbą, więcej tego nie próbowałem. Była może 12:30 w nocy, a stałem tak nieruchomo mniej więcej do godziny 2. Tymczasem przywożono coraz to nowych profesorów i ustawiano obok. Mniej więcej co 10 minut z piwnicy budynku dobiegał krzyk i odgłosy wystrzałów, a jeden z pilnujących nas Niemców wypowiadał po każdym wystrzale: »Einer weniger«2, co raczej uważałem za próbę zastraszenia nas.
Co kilka minut wywoływano nazwisko któregoś z profesorów i wzywano pojedynczo do pokoju na lewo. Pamiętam dobrze, że wywołano profesora Ostrowskiego, a po nim wezwano mnie jako dziesiątego, może dwunastego z rzędu. Znalazłem się w pokoju, gdzie było 2 oficerów; jeden młodszy, ten, który mnie aresztował, i drugi wyższy stopniem, olbrzymiego wzrostu i postawy. Ten drugi od razu wrzasnął na mnie: »Ty psie, jesteś Niemcem, a zdradziłeś ojczyznę! Służyłeś bolszewikom! Dlaczego, gdy to było możliwe, nie wyjechałeś ze wszystkimi Niemcami na Zachód?« Zacząłem wyjaśniać, naprzód zwykłym tonem, potem — w miarę, jak tamten coraz bardziej krzyczał — podniesionym głosem, że jestem wprawdzie niemieckiego pochodzenia, ale jestem Polakiem. Po wtóre nawet gdybym chciał wówczas przenieść się na Zachód, władze radzieckie nigdy by mi na to nie pozwoliły ze względu na wysokie stanowisko społeczne, które zajmowałem i na którym byłem potrzebny. Pytano mnie dalej, co znaczą bilety wizytowe konsulów angielskich w moim posiadaniu. Odpowiedziałem, że jestem żonaty z Angielką i że konsulowie angielscy składali nam zawsze wizyty. Pod koniec zaczął mówić spokojniej i rzekł: »Muszę z szefem porozmawiać, zobaczymy, co się da dla ciebie jeszcze zrobić«, po czym wybiegł z pokoju.
Oficer, który mnie aresztował, powiedział szybko: »To zależy tylko od niego, on nie ma tu nad sobą szefa. Powiedz mu, że zrobiłeś ważne odkrycie w medycynie, które przyda się dla Wehrmachtu. Może to ci pomoże«. W tej chwili tamten powrócił, ale nie miałem czasu odezwać się, bo natychmiast mnie wyrzucił za drzwi. Skierowano mnie na przeciwną, tj. na lewą stronę korytarza, pozwolono usiąść na krześle i zapalić papierosa. Dano mi nawet szklankę wody. Obok mnie stali w postawie swobodnej profesorowie: Sołowij i Rencki. Po chwili któryś z gestapowców zapytał ich, ile lat mają, na co oni odpowiedzieli zdaje się, że 73 i 76 3. Byłem pewny, że ich ze względu na wiek zaraz puszczą wolno. Zorientowałem się, że sprawa moja stoi może już lepiej. Po chwili ów szef kazał mi wyjść na podwórze i spacerować dodając: »Zachowuj się tak, jakbyś nie był aresztowanym Zacząłem krążyć po podwórzu, paląc papierosa za papierosem. Ręce wsadziłem do kieszeni. Znowu minęła dłuższa chwila. Wtem od zewnątrz, od ulicy, weszło na podwórze dwóch gestapowców. Należy zaznaczyć, że podwórze z budynkiem było strzeżone przez warty. Nowo przybyli spostrzegli mnie, rzucili się ku mnie, uderzyli w twarz, wrzeszcząc z wściekłością, po co kręcę się po podwórzu i do tego z rękami w kieszeniach. Wyjaśniłem, że mam polecenie zachowywania się jak niearesztowany. Burknęli coś, z miejsca przestali się mną interesować i weszli do budynku.
Była może 4 rano, kiedy z budynku wyprowadzono grupę około 15-20 profesorów. Na czele pochodu czterech niosło krwawiącego trupa młodego Ruffa. Nieśli go profesorowie: Nowicki, Pilat, Ostrowski i zdaje się Stożek. Zaraz za nimi podążał Witkiewicz. Gdy ten pochód wyszedł przez bramę na ul. Abrahamowiczów i zniknął mi z oczu, gestapowcy zmusili panią Ostrowską, a może Grekową i Ruffową by myły krew ze schodów.
Minęło około 20 minut, kiedy usłyszałem strzały dochodzące gdzieś od Wzgórz Wuleckich. Po krótkim czasie przez te same tylne drzwi budynku wyszła na podwórze nowa grupa złożona z 20-30 osób i stanęła w 2-3 rzędach twarzą do ściany. Wśród nich rozpoznałem jedynie doc. Mączewskiego. Zaraz potem wyprowadzono z budynku służbę Dobrzanieckiego4, Ostrowskich (kucharkę i młodszą), Greków (kucharkę i młodszą) oraz nauczycielkę angielskiego mieszkającą u Ostrowskich, Znany mi z przesłuchania szef gestapowców zapytał, czy wszyscy oni są służbą, czemu nauczycielka zaprzeczyła, mówiąc kim jest. Wówczas poirytowany kazał jej natychmiast przejść do grupy stojącej twarzą do ściany, a następnie powiedział głośno swemu koledze, że ci (wskazał na grupę stojącą pod ścianą) idą do więzienia, a ci (wskazał na służbę i na mnie) są wolni. Jak zauważyłem, służba rozmawiała z gestapowcami i agentem w cywilu5. Gestapowcy tłumaczyli służbie, że mogą pójść do domu, zabrać swe rzeczy i odejść dokąd chcą. Niech sobie poszukają pracy, teraz im będzie dobrze, że już nie będzie więcej ani Polski, ani Sowietów, że będą już zawsze tylko Niemcy. Gdy miałem odchodzić do domu, podszedłem do gestapowca, zapytując, dokąd mam się udać po odbiór aparatu fotograficznego. Ten wskazał mi pokój, w którym siedział jakiś gestapowiec i porządkował zebrane rzeczy. Bojąc się, że mogą sobie przypomnieć o 20-dolarówce oddałem ją temu gestapowcowi, a on mi zwrócił moje rzeczy. Gdy wyszedłem z pokoju wybiegł za mną mówiąc: »Słuchaj, podaj nam swój dokładny adres, bo jak przyjdzie inny oddział, gotowi cię znów zabrać, a my tu zapiszemy, by cię więcej nie czepiali «6. Zapisał adres w notesie, po czym opuściłem budynek, wyszedłem na ulicę i udałem się do domu. Tego samego ranka, ale w późniejszej porze, idąc z domu do kliniki spotkałem koło mieszkania profesora Ostrowskiego jednego z podoficerów gestapo, który mnie aresztował. Podoficer ten rzekł do mnie z uśmiechem: »Panu się bardzo poszczęściło«. W kilka dni później przyszło do mojego mieszkania dwóch podoficerów, którzy mnie uprzednio aresztowali, z zapytaniem, czy mogę im sprzedać aparat fotograficzny i dywany. W czasie tych odwiedzin poznałem ich nazwiska: jeden nazywał się Hacke, drugi Keller, a może Kohler. W ciągu 2-3 miesięcy mimo wyrzucenia mnie z mego mieszkania przez Niemców, niejednokrotnie przychodzili do mnie, wyłudzając różne cenniejsze przedmioty, jak np. aparaty fotograficzne, których miałem całą kolekcję. Razu pewnego odważyłem się zapytać Kellera, co się stało z pozostałymi profesorami. Machnął tylko ręką i powiedział: »Ich wszystkich rozstrzelali wówczas w nocy…«”.

Nie można wykluczyć, że swe zwolnienie zawdzięczał profesor Groër przedwojennej znajomości z Holendrem Pieterem v. Mentenem, który w lipcu 1941 r. pojawił się na bruku lwowskim w mundurze hitlerowskiej formacji SS i należał właśnie do grupy gen. SS Schoengartha. Menten, jak już wspomniano, kupił przed wojną majątek ziemski w Polsce i chętnie zawierał znajomości z członkami polskiej elity. Człowiek ten poznał domy profesorskie i obecnie mógł wskazać, które rodziny warto wymordować, aby zawładnąć ich dobrami.

Na to, że Menten mógł ocalić Groëra od śmierci wskazuje fakt, że gdy tuż po wojnie toczyła się rozprawa w sądzie holenderskim w Amsterdamie przeciw niemu za wysługiwanie się hitlerowcom, Groër, jak mi powiedział w 1980 r. prokurator holenderski Peters, wystawił świadectwo dla sądu, że Menten dobrze zachowywał się wobec ludności polskiej i Żydów. Dopiero w 1980 r. dowiedzieliśmy się, że Menten wraz z innymi gestapowcami wymordował w 1941 r. Polaków i Żydów w swym majątku i okolicy, tj. w Uryczu i Podhorodcach.

Pogłoska, że prof. Groër ocalał, gdyż oświadczył gestapowcom w Zakładzie Abrahamowiczów, że czuje się Niemcem, jest więcej niż nieprawdziwa. Przede wszystkim wkrótce po zwolnieniu go w dniu 4 VII został usunięty przez Niemców z mieszkania, co, jak dobrze wiemy, nigdy nie czynili oni w stosunku do swych rodaków. Gdy został otwarty w 1942 r. przez Niemców lwowski Wydział Lekarski, pragnęła pracować w Klinice Groëra dr Hildegarde Charlotte Becker z Hamburga. Czytałem odpowiedź udzieloną jej przez dyrektora Wydziału, Niemca, doc. Karla Schulzego. Wyjaśnił on, że jako Niemka nie może podlegać nie-Niemcowi Groërowi, ale otrzyma etat w Zakładzie Patologii, kierowanym przez Niemkę Schuster i wówczas będzie mogła pracować u prof. Groëra. Wreszcie, gdy 11 XI 1942 r. gestapo, obawiając się wybuchu powstania aresztowało blisko 80 Polaków jako zakładników, w tym 10 docentów i profesorów Wydziału Lekarskiego, znalazł się wśród nich i prof. Groër. Wszystko to świadczy, jak bezpodstawne było posądzenie go o odstępstwo od narodowości polskiej.

Wielu profesorów Politechniki mieszkało przy ul. Nabielaka, biegnącej naprzeciw Wzgórz Wuleckich, na opodal których mieścił się Zakład Wychowawczy im. Abrahamowiczów. Aresztowanie profesorów mieszkających przy tej ulicy postawiło na nogi nie tylko ich rodziny, ale również i sąsiadów. Wielu z nich zaglądając przez okna oczekiwało z niecierpliwością świtu. Posłuchajmy ich relacji.

Inżynier Tadeusz Gumowski mieszkał wraz z rodziną przy ul. Nabielaka 53. W nocy z 3 na 4 lipca 1941 r. obudziła ich kontrola książki meldunkowej, przeprowadzana przez Niemców i Ukraińców. Relacjonuje on: „[…] Kilka chwil przesiedziałem w ogrodzie. Zaczęło świtać i wtedy zauważyłem, że na stokach Wzgórz Wuleckich żołnierze kopią dół. Zaniepokoiło mnie to ogromnie. Powiadomiłem rodzinę i od tego czasu nie opuszczaliśmy okna. Dół był wykopany w ciągu około 30′. Skazanych przyprowadzano czwórkami od strony zabudowań »Abrahamów« (bo tak o ile sobie przypominam te zabudowania się nazywały)7 i ustawiano ich nad samym brzegiem dołu twarzą do nas. Pluton egzekucyjny stał po drugiej stronie grobu8. Po salwie prawie wszyscy wpadali bezpośrednio do dołu.
Prof. Witkiewicz przeżegnał się i w tym momencie runął. Skazani nie byli skuci. Liczyliśmy czwórki. O ile sobie przypominam było ich około 5. Między skazanymi były zdaje się 3 kobiety. Całość trwała niedługo, bo następne czwórki czekały swojej kolejki w pobliżu. Po egzekucji szybko zasypano grób i ubito ziemię. Grób zakopywali żołnierze. Egzekucję obserwowaliśmy jedną lornetką, którą wzajemnie podawaliśmy sobie. Egzekucję poza mną obserwował mój ojciec, żona i siostra. Siostra jest za granicą. Pozostałe osoby nie żyją. Obserwowaliśmy z tego samego pokoju i z tego samego okna. Osobiście poza prof. Witkiewiczem nie poznałem nikogo. Pamiętam, że pozostali rozpoznali szereg osób, między innymi prof. Stożka z synami, prof. Ostrowskiego z żoną, prof. Longchamps zdaje się z żoną i innych9. Jedna z pań miała błękitny szal. Jedną kobietę, która nie mogła iść, ciągnęło 2 żołnierzy. Podaję adres siostry: Zofia Nowak-Przygodzka Paris VII 31 rue Rousselet. W przybliżeniu rozstrzelano około 20 osób. Żaden ze skazanych nie otrzymał po salwie strzału z rewolweru. Jest zatem prawdopodobne, że niektórzy zostali zasypani żywcem. Na drugi lub trzeci dzień po egzekucji z siostrą lub żoną poszliśmy na grób. Grób był stosunkowo mało widoczny i znaleźliśmy go tylko dlatego, że dokładnie znaliśmy miejsce. Leżała tam wiązanka kwiatów. Być może, że to było wskazówką dla Niemców, że miejsce grobu jest znane i dlatego zwłoki w ciągu paru dni zostały prawdopodobnie wykopane i gdzieś przewiezione10. Ekshumacji nie widziałem. Domyślaliśmy się tego tylko, ponieważ po paru dniach znać było, że grób został przekopany […]”.

Siostra inż. Gumowskiego, dr med. Zofia Nowak-Przygodzka, zamieszkała po wojnie w Paryżu, podała:
„[…] We Lwowie mieszkałam w willi przy ul. Nabielaka 53, tuż obok domu spółdzielni profesorów Politechniki i prof. Witkiewicza. Willa ta położona jest na 12-metrowym nasypie, odległym o kilkaset metrów od Wzgórza Wuleckiego, na którym wznosił się Zakład Wychowawczy Abrahamowiczów i II Dom Techników.
Krytycznej nocy wstałam, jak zwykle, do swych małych dzieci. Szarzało. Jak zwykle też w tych czasach obeszłam okna patrząc, co się dzieje wokoło. Żyliśmy wtedy w stałym strachu z powodu ciągłych wizyt i rewizji hitlerowców (2 noce przedtem szukano w moim domu prof. Witkiewicza, którego też tejże nocy wraz z innymi profesorami Politechniki zaaresztowano).  Uwagę moją zwróciło Wzgórze Wuleckie, gdzie był jakiś niezwykły ruch kilku osób, które coś kopały. Zbudziłam Rodziców (nie żyją już) i zaczęliśmy obserwować bacząc, by nas nie zauważono. Po pewnym czasie spostrzegliśmy, że ze szczytu Wzgórza Wuleckiego, wertepami po stronie lewej, zaczęli schodzić gęsiego ludzie: widziałam żołnierzy w mundurach niemieckich i kilkunastu cywili. Na końcu szły kobiety (może 3), jedna miała na sobie szal, który był dobrze widoczny, bo powiewał. Żołnierze pomagali niektórym osobom zejść. Po zejściu wszystkich na płaszczyznę; gdzie kopano, ustawiono parę osób w szereg. Usłyszeliśmy suche ciche trzaski (strzałów), osoby znikały z szeregu.
Po pierwszej grupie ustawiono następną. Wyróżniał się osobnik z siwiutką głową, który przeżegnał się11. Na końcu były kobiety. Dół zakopano. Nie mieliśmy najmniejszego pojęcia, co to mogła być za egzekucja. Nazajutrz nigdzie żadnej wzmianki o niej. Zdawaliśmy sobie sprawę, że samo to, że byliśmy świadkami jej jest dla nas groźne. Wiem, że widziano egzekucję i z sąsiednich domów, że to rozstrzelano profesorów. W parę tygodni potem odważyłam się pójść na Wzgórze Wuleckie idąc z dziećmi na spacer niby. Odnalazłam miejsce kaźni, niczym nie odróżniało się od reszty, raczej lekko wklęśnięte — trawa jak wszędzie. Gdyby nie to, że znałam to Wzgórze doskonale, nie odnalazłabym. Później dowiedziałam się, że Niemcy ekshumowali zwłoki cichaczem”.

Pani Łomnicka tak opisała egzekucję. Po aresztowaniu męża
„[…] O śnie nie było mowy, stałam struchlała przy oknie długie godziny, czekając dnia, by wyjść i starać się o wyjaśnienie tej napaści. Gdy nastał świt, zobaczyłam z okna mego mieszkania na trzecim piętrzę, jak na Wzgórzach Wuleckich zaczął się jakiś ruch. Ukazały się sylwetki ludzi; potem grupa osób oddzieliła się od reszty pozostających pod bursą Abrahamowiczów i zeszła po pochyłości terenu niżej i skryli mi się za domem dr. Nowak-Przygodzkiego.
Usiadłam na tapczanie, nie rozumiejąc, co oznacza ten ruch o tak wczesnej godzinie, a było to około 4 rano. W tej sekundzie usłyszałam pierwszą salwę — zrozumiałam — wybiegłam na klatkę schodową, której okna wysunięte nieco na prawo dawały mi możność szerszego widzenia, i wtedy zobaczyłam, że ludzie którzy schodzili z góry zatrzymywali się mniej więcej w połowie wzgórza w niewielkiej kotlinie. Rozpoznałam żołnierzy niemieckich, następnie mężczyzn w cywilnych ubraniach, były również jakieś kobiety, a jedna postać zrobiła na mnie wrażenie księdza w sutannie. Widziałam postać w popielatym ubraniu. Zupełnie odcień mężowskiego – ale nie chciałam nawet dopuszczać tej myśli do siebie. Kilkakrotnie sprowadzano po pięć osób i widziałam jak po salwie karabinowej ludzie ci padali. Stałam przykuta do miejsca, nieprzytomnie patrząc na to katowskie widowisko, a przy mnie dwie panie z sąsiedztwa – tj. Janina Więckowska, później żona sędziego Zeneka w Krakowie i p. Sołecka żona prof. gim. Lwów ul. Kazimierzowska. Czy byli to aresztowani tej nocy profesorowie? Czy był między nimi mój mąż? Z powodu odległości nie mogłam rozpoznać […]”.

Artysta plastyk Maria Załęska, mieszkająca również przy ul. Nabielaka, podała:
„[…] Osoby rozstrzeliwane były wyprowadzane z góry grupami. Miejsce egzekucji było położone nie wprost, vis a’ vis nas, lecz nieco więcej na prawo, było to małe zagłębienie terenu między drzewami, widziałam ich trzech stojących na nasypie. Widziałam tylko jedną grupę idącą z góry, szli jeden za drugim, o ile pamiętam 4 osoby, jedna z nich czarno ubrana wydawała mi się kobietą — mógł to też być ksiądz. Inne grupy obserwował mój syn, z którym dzieliłam się lornetką. Widziałam jeszcze ostatnią powoli idącą samotną kobietę. W naszym polu widzenia widziałam trzech żołnierzy z plutonu, teren był tak wąski i stromy, że wątpię, aby ich było ponad sześciu. Te, które widziałam, o ile mnie pamięć nie myli, były bez kapeluszy. Nie poznałam nikogo. Myśleliśmy, że rozstrzeliwują Żydów. Zaraz po egzekucji mówiono, że grób jest strzeżony — na grobie byłam pod koniec zimy czy wczesną wiosną 1959 r. — nie słyszałam wtedy jeszcze o ekshumacji, toteż zdziwiło mnie to, że na miejscu grobu była wklęsłość terenu i nie było obok nasypu. Ze mną obserwował mój syn, rozstrzelany w obozie w Stutthof w r. 1944. Poza nami uważam, że najwięcej mogliby podać: służący prof. Witkiewicza12 i służące dr Ostrowskich — ale gdzie ich teraz szukać? Z zasłyszanych wiadomości podaję co następuje: Ostatnią rozstrzelaną miała być pani Ostrowska chora na nogi. Widziano kobietę z jaskrawym szalikiem.
Prof. Witkiewicza sąsiedzi zaraz poznali po siwych włosach — szedł bez kapelusza. Mówiono o tym, że Niemcy chodzili aresztować w towarzystwie Ukraińców, że listę skazańców mieli dawniej sporządzoną, gdyż przyszli też po prof. dr Leszczyńskiego, który już umarł”.

Zofia Orlińska-Skowronowa relacjonuje:
„[…] Willa, w której wówczas zamieszkiwałam, mieściła się przy ul. Nabielaka 55, w małym ogródku, zwrócona frontem do ul. Wuleckiej, a tym samym do Wzgórza Wuleckiego, na które właśnie wychodziło okno mojego pokoju na II piętrze. W tragicznym dniu obudzona zostałam salwą z broni palnej dochodzącą od strony Wzgórza Wuleckiego i to było przyczyną, dla której po obudzeniu się podeszłam do okna. W tym momencie zauważyłam, że spod Bursy Abrahamowiczów, gdzie stała grupka osób — około 36 — schodziło gęsiego 5 lub 6 osób w asyście Niemca, kierując się w dół Góry Wuleckiej. Osoby te następnie stanęły na płaskiej partii wzgórza, jakby polance, szeregiem obok siebie, plecami do ul. Wuleckiej, a twarzą do Bursy Abrahamowiczów. Uwagę moją zwrócił pluton egzekucyjny, składający się z około dziesięciu wojskowych w szarozielonych mundurach, którzy oddali salwę z automatów do stojących osób. Ponieważ ciała nie padły na powierzchnię ziemi, gdzie byłyby widoczne, jasne stało się dla mnie, że był tam wykopany dół — kiedy i przez kogo, nie wiem.
Zauważyłam również, że po lewej stronie dołu stała mała grupka osób wojskowych; wg mnie byli tam też oficerowie niemieccy. Historia, którą opisałam wyżej, powtarzała się aż do zlikwidowania wszystkich nieszczęśliwych, wśród których znajdowała się jedna kobieta. Między rozstrzeliwanymi rozpoznałam prof. Stożka Włodzimierza i jego syna Emanuela. W związku z osobą Emanuela Stożka, pamiętam okropny dla mnie moment, kiedy po salwie wszystkie osoby towarzyszące mu spadły do dołu, tylko ostatni na prawym skrzydle Mulek Stożek stał — dopiero pojedynczy strzał zwalił go do wspólnego grobu. Był ubrany w tabaczkową marynarkę i popielate spodnie. Prof. Stożek miał na sobie ciemne palto. Egzekucję obserwowałam przez lornetkę od około 3.30 do 4 rano. Po godz. 4 kilku wojskowych — nie jestem tylko pewna, czy to z plutonu egzekucyjnego, czy z grupy stojącej na boku, zasypało dół ziemią […]”-

Najdokładniejszą jednak relację o rozstrzelaniu profesorów podał inż. Karol Cieszkowski:
„[…] Nocą z 3 na 4 lipca około godziny 22 usłyszałem gwałtowne dobijanie się do sąsiedniej kamienicy, tj. przy ul. Nabielaka 53c, gdzie mieszkał prof. Witkiewicz. Gdy nikt nie otwierał dobijającym się, ci strzelili, jak się później dowiedziałem w zamek bramy.
Niebawem około godziny 0.30 przyszli Niemcy do naszej kamienicy i zabrali mieszkającego w parterze prof. Stożka z dwoma synami. Czy ich zabierali autem, czy pieszo, tego nie wiem. Przez dalszą część nocy nie spałem, ponieważ byłem silnie podenerwowany. O 4 nad ranem, a godzinę tę dokładnie pamiętam, ponieważ właśnie liczyłem sobie tętno przy pomocy fosforyzującego zegarka, usłyszałem strzały od strony Wzgórza Wuleckiego. Szarzało wówczas i zaczynało być widno. Na krawędzi Wzgórza Wuleckiego dobrze widocznego z okna mego narożnego pokoju, najbardziej wysuniętego na północ, ujrzałem kilkadziesiąt cywilnych osób stojących w jednym rzędzie, a nieco dalej od nich na prawo i lewo stali bardzo szykownie, powiedziałbym elegancko ubrani oficerowie niemieccy z rewolwerami w ręku. Nie liczyłem tych cywilnych osób, ale oceniłem je na około 40-50 osób.
Mniej więcej w połowie zbocza zobaczyłem nad wykopaną jamą cztery cywilne osoby zwrócone twarzą do zbocza, a plecami do mnie. Za plecami tych osób stali czterej niemieccy żołnierze z karabinkami w ręku, a obok nich oficer. Zapewne na słowną komendę tego oficera żołnierze równocześnie strzelili i wszystkie cztery osoby wpadły do jamy. Wówczas sprowadzono z góry ścieżką nowe cztery osoby i cała scena dokładnie się powtórzyła. Trwało tak do końca, aż wszystkie osoby cywilne zostały sprowadzone nad jamę i zastrzelone. Ostatnią osobą rozstrzelaną była kobieta w długiej czarnej sukni. Schodziła ona sama, słaniając się. Gdy przyprowadzono ją nad jamę pełną trupów zachwiała się, ale oficer podtrzymał ją, żołnierz strzelił i wpadła ona do jamy.
Jeśli chodzi o szczegóły tej egzekucji, to rozpoznałem niektóre osoby bardzo dokładnie. Nie tylko rozpoznałem je, bo patrzyłem przez lornetkę, ale niektóre osoby doskonale znałem i rozpoznawałem je nawet gołym okiem po ubraniach, charakterystycznych ruchach itp. Z całą pewnością rozpoznałem prof. Stożka. Stanął on nad jamą w owej charakterystycznej pozie z rękami założonymi w tył. Rozpoznałem obu synów prof. Stożka, z którymi się przyjaźniłem, profesorów: Łomnickiego, Pilata i Witkiewicza. Nie widziałem lub nie rozpoznałem profesorów Weigla i Krukowskiego. Zaznaczam jednak, że egzekucji pierwszych osób nie widziałem, bo dopiero po pierwszych strzałach podszedłem do okna. Również nie widziałem więcej kobiet poza tą jedną na samym końcu rozstrzelaną.
Doskonale pamiętam, że jedna z czwórek skazańców schodziła nad jamę niosąc zemdlonego13. Inna czwórka bardzo wolno schodziła, bo jeden ze skazańców mocno utykał. Przypuszczam, że to był prof. Bartel, ale nie rozpoznałem go14. Pamiętam, że gdy jedna z czwórek stanęła nad jamą już tyłem do żołnierzy, wówczas jeden ze skazańców obrócił się ku żołnierzom, i trzymając kapelusz w ręku (wszyscy skazańcy zdejmowali, zapewne na rozkaz) zaczął coś mówić, żywo gestykulując. Na to oficer, stojący z boku zrobił gest ręką, by on się odwrócił, co ten też uczynił, a wówczas żołnierze strzelili. Z innych szczegółów zapamiętałem, że jeden ze skazańców na sekundę przed wystrzałem padł do jamy (przypuszczam, że zrobił on to celowo, by się ratować) i zaraz po wystrzale wyskoczył z jamy, ale żołnierz strzelił, ten się zachwiał i wpadł do jamy. Jama była wykopana w kształcie prostokąta przedzielonego w poprzek nieprzekopanym pomostem, wobec czego skazaniec na nim stojący wpadając po strzale czy to w przód, czy też w tył, zawsze wpadał do jamy. Raz tylko się zdarzyło, że jeden z synów prof. Stożka, stojący na pomoście nad jamą, na kraju czwórki padł po strzale nie do jamy, lecz poza nią i wówczas żołnierze ściągnęli go do jamy.
Po zakończeniu egzekucji, koło jamy pozostał pluton egzekucyjny z oficerem. Żołnierze zdjęli płaszcze, zakasali rękawy, wzięli łopaty do rąk i zaczęli zasypywać jamę. Robili to początkowo bardzo ostrożnie, ponieważ ziemia dookoła była silnie zbryzgana krwią, którą widziałem w postaci dużych czerwonych plam. Żołnierze od czasu do czasu przerywali pracę, przysłuchiwali się oficerowi, który im coś opowiadał, jakby wyjaśniał. Całą egzekucję obserwował z mego pokoju ojciec, moja siostra i współlokatorka. Wszyscy ci zeszli się do mego pokoju, ponieważ był on najbardziej wysunięty ku północy, a więc ku Wzgórzu Wuleckiemu. Ojciec obserwujący egzekucję nie odezwał się cały czas ani słowem i nigdy potem ze mną na ten temat nie rozmawiał. Natomiast sublokatorka i siostra moja rozpoznawały poszczególne osoby i gdy np. sprowadzano nad jamę synów Stożka, krzyknęły: »O! Prowadzą Mulka«.
W rok później stosunkowo głośno było o tym, że profesorowie zostali zabici i pogrzebani na Wzgórzu Wuleckim. Po obserwacji z mego okna, że nikt nie pilnuje grobu, udałem się następnego wieczora po egzekucji na miejsce rozstrzelania i zauważyłem świeży grób. Zwróciło moją uwagę, że pasące się obok bydło stawało nad grobem i długo węszyło. Grób był płaski, a gdy poszedłem ponownie nad niego po kilku tygodniach, rósł na nim bujnie oset, zapewne zasiany przez żołnierzy. Jeśli idzie o sprawę wykopania trupów profesorów z grobu w r. 1943, nie znam bliżej tej sprawy, ponieważ na krótko przed tym zostałem wraz z rodziną wysiedlony przez Niemców z kamienicy przy ul. Nabielaka, mimo że nikt tam potem już się nie sprowadził i mieszkanie stało puste”. Tyle inż. Cieszkowski.

Dnia 16 V 1945 poszedłem z prof. Politechniki Stanisławem Ochęduszko i inż. Cieszkowskim na miejsce kaźni profesorów. Na podstawie wskazówek inż. Cieszkowskiego obliczaliśmy z zegarkiem w ręku czas schodzenia czwórek skazańców po dość stromym zboczu, ustawiania się nad wykopaną jamą i rozstrzelania. Trwało to dwie minuty. Rozstrzelanie zatem około dziesięciu czwórek trwało 20 minut, a wraz z zasypaniem grobu około 30-40 minut. Jakże szybko można odebrać życie blisko 40 ludziom, jak łatwo uzurpować sobie prawo decydowania o życiu i śmierci innych! Warto podkreślić, że ludzie przeznaczeni do rozstrzelania zdawali sobie sprawę, co ich czeka, skoro co kilka minut odłączano od nich po 4 osoby i po chwili słyszeli salwy karabinowe. Ostatnią rozstrzelaną była profesorowa Ostrowska. Czyżby miała to być zemsta gestapowców za to, że w czasie rabunku dokonywanego w mieszkaniu podczas aresztowania powiedziała głośno „bandyci”, na co usłyszała „stul pysk”?

Oczywiście, że relacje poszczególnych osób różniły się między sobą w szczegółach, ale każdemu lekarzowi i psychologowi wiadomo, że im silniejsze i okrutniejsze wrażenie, tym pewne szczegóły ryją się mocniej w pamięć, podczas gdy inne, równie silne mogą nawet całkowicie zaniknąć. Nasze trwanie zapisów wrażeń w mózgu jest ograniczone i jeśli mogę przytoczyć obecnie tyle szczegółów z tragedii profesorów, to tylko dlatego, że wszystkie ujrzane i zasłyszane szczegóły natychmiast skrzętnie zapisywałem. Gdy inż. Cieszkowski opowiedział, że jeden z rozstrzeliwanych profesorów chwilę przed salwą obrócił się do oficera i szybko zaczął coś do niego mówić, żywo gestykulując rękami, domyśliłem się, że to mógł być prof. Cieszyński, świetnie władający językiem niemieckim i zawsze żywo reagujący. Po wielu latach zapytałem syna, Tomasza Cieszyńskiego, kogo on rozpoznałby w tej postaci; bez wahania wymienił swego ojca.

Aleksander Drożdżyński i Jan Zaborowski w książce Oberlaender15 piszą, że profesorowie zostali rozstrzelani w dwóch miejscach, co było jednak tylko wytworem ich fantazji. Na moją prośbę, według moich dokładnych wskazówek redaktor Andrzej Ziemilski sfotografował miejsce kaźni leżące na zboczu Wzgórz Wuleckich, widoczne z domu przy ulicy Nabielaka. Wspomniani autorzy otrzymali ode mnie takie zdjęcie i okazali je świadkowi rozstrzelania profesorów Helenie Kucharowej, zamieszkałej przy ul. Małachowskiego 2, która obserwowała wraz z mężem egzekucję. Potwierdziła ona, że istotnie przedstawia ono miejsce rozstrzelania profesorów, czyli że tak mieszkańcy ul. Nabielaka, jak i ul. Małachowskiego widzieli to samo miejsce egzekucji. Mimo tego Drożdżyński i Zaborowski, nie wiadomo na jakiej podstawie, orzekli, że Kucharowa i mieszkańcy ul. Nabielaka widzieli dwa różne miejsca stracenia profesorów. Niestety, ten bezpodstawny wymysł jest powtarzany przez innych autorów16.

Wymaga jeszcze wyjaśnienia sprawa wyprowadzenia skazańców z budynku Zakładu im. Abrahamowiczów na miejsce stracenia. Zwolniony przez gestapo prof. Groër przebywał na podwórzu znajdującym się na tyłach Zakładu, gdyż wolno mu było wyjść do domu dopiero po wygaśnięciu godziny policyjnej, tj. po 6 rano. Obserwował zatem wszystko, co się działo na zapleczu budynku. Jak już to było powiedziane, zeznał on, że o 4 rano wyszła przez drzwi tylne z budynku na podwórze grupa profesorów złożona z około 15-20 osób, udała się następnie przez bramę podwórzową (rys.) na ulicę Abrahamowiczów i podążyła nią w kierunku Wzgórz Wuleckich. Groër z całą stanowczością kilkakrotnie oświadczył mi, że we wspomnianej grupie nie było profesorów Renckiego i Sołowija. Po wyjściu powyższej grupy profesorów Groër widział, jak panie Ostrowska (może Grekowa) i Ruffowa zmywały z krwi schody tylnego wyjścia z budynku na podwórze, po czym weszły do gmachu. Kobiet wychodzących z profesorami Groër jednak nie widział, a przecież świadkowie rozstrzeliwania widzieli je wśród skazańców. Groër widział 15-20 osób wyprowadzanych, świadkowie stracenia twierdzą, że ofiar było około 40, a Żydzi ekshumujący zwłoki profesorów naliczyli ich w grobie 38.

Według moich dokładnych danych aresztowano z 3 na 4 VII 49 osób.
Prof. Groëra, 4 osoby służby Greków, Ostrowskich i Ruffów, woźnego Wojtynę i kierowcę prof. Ostrowskiego Kostyszyna zwolniono; doc. Mączewski i Katarzyna Demko do chwili odejścia Groëra do domu pozostawali na podwórzu Zakładu Abrahamowiczów, zatem 4 VII rozstrzelano by 40 osób. Skoro gestapowcy sprowadzali do rozstrzelania po 4 osoby, powinno było być tych czwórek 9, na końcu szła samotnie kobieta, czyli było 37 osób. Gdy doliczymy niesionego, zastrzelonego przedtem, inż. Ruffa, wówczas suma 38 zgadzałaby się z liczbą podaną przez Żydów. Nie można jednak wykluczyć, że podobnie jak doc. Mączewskiego mogli gestapowcy jeszcze 2-3 osoby wyłączyć z grupy skazańców i zabić innego dnia: stąd różnica dwu osób między moim obliczeniem a danymi wskazanymi przez Żydów. Nadto Weliczker twierdzi, że z grobu profesorów ekshumowano 3 kobiety. Mogli również i Żydzi nie pamiętać prawdziwej liczby zwłok. Dwu świadków rozstrzelania widziało również 3 kobiety. Brakowałoby zatem jeszcze jednej kobiety, którą być może odłączono od skazańców. Powstaje jeszcze ważne pytanie, którędy wyprowadzano pozostałych skazańców z budynku i jak ich doprowadzano do miejsca stracenia? W tej sprawie przyszedł z pomocą dr inż. Zbigniew Schneigert17, którego relację z 1971 r. przytaczam w całości w dokumentacji (s. 308), a tu przytoczę najistotniejsze dla danego problemu dane: „W dniu egzekucji przyszedł do mnie około 7 rano kolega z Politechniki (nazwiska zapomniałem18, prowadził wówczas bufet na Politechnice, żyje gdzieś na Śląsku) mówiąc, że o świcie usłyszał jakiś ruch pod oknem i wyjrzał na ulicę. Zobaczył, że pod jego oknem wyładowują jakichś ludzi z ciężarówki. Wśród nich zauważył profesorów Łomnickiego i Stożka. Kolega mieszkał przy ul. Kosynierskiej. Pojmanych poprowadzono gdzieś poza Dom Techników19. Mówił również, że w jakiś czas potem usłyszał strzały. Wyszedłem natychmiast z domu razem z psem (mieszkałem przy ul. Pochyłej) i poszedłem przypuszczalną drogą skazańców.

W pewnym miejscu (patrz rysunek)20 zauważyłem ślady po wykopach, odrzuconą ziemię. W miejscu, które było rodzajem wnęki w skarpie, na powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych, darń była wyrównana, pobrudzona gliną i miała liczne ślady krwi, które mój pies zaczął zlizywać. Gdy chodziłem po tej darni, ziemia w widoczny sposób się uginała, co wskazywało, że pod nią znajduje się coś elastycznego, a więc ciała.

Miejsce egzekucji było tak wybrane, że absolutnie znikąd nie było widoczne (patrz przekrój). Nieprawdą też jest, jak swego czasu w „Przekroju” pisał jeden ocalały Żyd, że z okien widziano egzekucję. Najbliższe okna, zresztą zakryte skarpą, były w odległości nie mniejszej jak 500 m”.

Relacja dr Schneigerta dowodzi, że około połowy grupy profesorskiej i ich bliskich umieszczono w aucie ciężarowym, zawieziono nieco dalszą okrężną drogą w pobliże miejsca stracenia21, wyładowano i po krótkim marszu piechotą dołączono do grupy pierwszej (rys.). Wobec tego, że prof. Groër widział tylko 15-20 wyprowadzanych osób, a więc około połowy rozstrzelanych, należy przypuszczać, że grupę opisywaną w relacji dr. Schneigerta wyprowadzono z Zakładu im. Abrahamowiczów na ulicę tejże nazwy główną, frontową bramą, a nie przez podwórze. Jednak w obu wspomnianych grupach nie widziano kobiet, a przecież było ich około 4, gdyż piąta, Katarzyna Demko, pozostała na podwórzu Zakładu. Znowu należy przypuścić, że grupę kobiet wyprowadzono osobno, a skoro nie widział ich prof. Groër, wyszły one również główną bramą, wprost na ulicę. Czy kazano im iść pieszo jak grupie pierwszej, czy też podwieziono autem jak grupę drugą, nie wiadomo.

Czym tłumaczyć podział skazańców na trzy grupy? Chyba chodziło o zmylenie czujności więźniów, aby gestapowcy mogli spokojnie doprowadzić wszystkich na miejsce stracenia. Doktor Schneigert trafił wskazaną przez kolegę drogą na grób profesorów, czyli wskazówka jego była trafna i prawdziwa. Niesłusznie jednak zaprzeczał dr Schneigert, by ktokolwiek mógł widzieć scenę rozstrzeliwania profesorów. Jak stwierdziłem na planie Lwowa, odległość w linii powietrznej miejsca kaźni od budynków przy ul. Nabielaka wynosi 400 m i z tej odległości można było nawet gołym okiem, a co dopiero przez lornetkę widzieć egzekucję. Zresztą zdjęcia ul. Nabielaka, wykonane z miejsca kaźni, i odwrotnie: miejsca kaźni z ul. Nabielaka, wykazują niezbicie, że widoczność była zupełnie możliwa. Doktor Schneigert był niewątpliwie pierwszym człowiekiem, który pojawił się na grobie profesorów, gdyż od ich śmierci upłynęło zaledwie 3 godziny. Można sobie łatwo wyobrazić jego wstrząs, gdy ujrzał zakrwawioną ziemię i odczuł uginanie się ciał swoich nauczycieli pod stopami. Dr Schneigert dodatkowo wyjaśnił mi, że do miejsca wyładowania ofiar prowadziła ulica brukowana, natomiast dalej istniał tylko wykop przyszłej ulicy. To tłumaczy, dlaczego auto dalej nie pojechało.

Należy jeszcze poruszyć sprawę śmierci doc. Stanisława Mączewskiego i nauczycielki języka angielskiego, Katarzyny Demko. Prof. Groër odchodząc o 6 rano do domu widział jeszcze dużą grupę, a wśród nich Mączewskiego i Demko. Demko byłaby zwolniona, gdyż dostała się do grupy służby i Wojtyny, a ci mieli odejść do domu po 6 rano. Na zapytanie gestapowca, czy wszyscy w tej grupie są służbą, Demko zaprzeczyła i została natychmiast przesunięta do grupy mającej iść do więzienia. Wobec tego, że pozostałe kobiety z grupy profesorskiej zaprowadzono już na miejsce stracenia, nie można było jej tego dnia zamordować. Uśmiercono ją, tak jak i doc. Mączewskiego, później, zapewne następnego dnia. Pozostaje jednak zagadką, dlaczego doc. Mączewskiego odłączono od grupy profesorskiej? Nie wiadomo, czy kiedyś uda się tę zagadkę rozwiązać. W każdym razie i doc. Mączewskiego, i Katarzynę Demko uśmiercono, gdyż nigdy nie pojawili się od tego czasu wśród żywych.

Następnego dnia po aresztowaniu, tj. 4 lipca, po wygaśnięciu godziny policyjnej o 6 rano, pobiegły przerażone żony i matki do swych rodzin i przyjaciół. Pani Witkiewiczowa dowiedziała się, że poza mężem straciła tej nocy również brata, prof. Edwarda Hamerskiego. Pani Mięsowiczowa straciła nie tylko ojca i syna, lecz również szwagra, prof. Włodzimierza Sieradzkiego, oraz kuzyna, prof. Longchamps de Berier z 3 synami. Pani Progulska podążyła do swej przyjaciółki Nowickiej i tam dowiedziała się, że i ona również straciła męża i syna. Samotnie, lub po kilka razem, rozpoczęły profesorowe poszukiwanie swych mężów i synów. Nikt im nie chciał, czasem i nie potrafił dać wyjaśnienia, co się stało z aresztowanymi i gdzie są więzieni. Ani w dowództwie gestapo przy ul. Pełczyńskiej, ani w wojskowej Komendzie Miasta w ratuszu, ani w Zakładzie im. Abrahamowiczów nikt o niczym nie wiedział, nikt o niczym nie słyszał. Co najwyżej niektóre panie usłyszały wyjaśnienie w gestapo, że „aresztowania dokonało frontowe gestapo, ale ono poszło dalej na wschód i my tu nic nie wiemy”. Była to tylko częściowa prawda, gdyż część grupy Schoengartha pozostała we Lwowie, utworzyła dowództwo dla Lwowa i dystryktu Galicja i miała w dokładnej ewidencji wszystkich pomordowanych.

Pani Cieszyńska i Nowicka, każda z osobna, udały się do ratusza i rozmawiały z dwoma różnymi wyższymi oficerami; pierwsza mówiła z lek. stomatologiem, który, jak się okazało, znał jej męża. Obaj ci oficerowie, gdy usłyszeli co zaszło tej nocy, przerazili się i przynaglali do natychmiastowego pójścia do gestapo, „bo może jeszcze nie jest za późno”. Było jednak za późno. Obaj oficerowie dobrze znali metody gestapo. Cieszyńska wniosła podanie do gestapo z prośbą o wiadomości o jej mężu. Po kilku tygodniach została wezwana do gmachu przy ul. Pełczyńskiej, gdzie oświadczono jej, że mąż umarł na serce, być może z powodu zbyt ciężkiej pracy.

Docent Krukowska również nie mogła się w pierwszych dniach dowiedzieć o losie męża. Dopiero kilka dni później powiedziano jej w gestapo, że aresztowani zostali wywiezieni ze Lwowa. Dnia 4 sierpnia powiedziano jej jednak, że mąż zmarł na serce 7 lipca. Inny gestapowiec zdementował to i twierdził, że wszyscy aresztowani zostali wcześniej wywiezieni.

Doc. Witold Grabowski, korzystając ze znajomości z niemieckim oficerem, lekarzem, prosił go z początkiem lipca, by dowiedział się, gdzie przebywają aresztowani profesorowie. Lekarz ów udał się do gestapo i po powrocie oświadczył, że „rumieni się po czubki palców, gdyż wszyscy oni zginęli”. Również i mnie, Ukrainiec, prof. interny Marian Panczyszyn, oświadczył w kwietniu 1942 r., że mój szef, prof. Witold Nowicki, zginął tej lipcowej nocy22.

W Zakładzie Anatomii Patologicznej mieściła się wojskowa placówka anatomopatologiczna, której szefem był Oberfeldarzt dr Gerhard Sponholz. Pewnego razu opowiedział mi, że gdy zaprzyjaźniony z nim doc. dr Karl Schulze otwierał jako dyrektor Wydział Lekarski i udał się w październiku 1941 r. do gestapo z zapytaniem, czy może liczyć na współpracę aresztowanych profesorów, otrzymał odpowiedź, że żaden z nich nie pozostał przy życiu23.

Jak już wspomniano, jeden z podoficerów formacji SS, który był w grupie aresztujących Groëra, następnie nachodził dom profesora. Zapytany przez prof. Groëra, co się stało z pozostałymi profesorami, otwarcie powiedział, że wszyscy zostali owej nocy rozstrzelani.

Dr Eyer, lekarz, oficer, kierownik Instytutu Przeciwdurowego we Lwowie oświadczył doc. Schusterównej, że powinna ona swą siostrę Nowicką przygotować na to, że jej mąż i syn nie żyją.

Te wszystkie fakty świadczą o tym, że gestapo na ogół nie kryło przed Niemcami faktu zamordowania przez siebie profesorów. Mordercy byli pewni wygranej wojny, a ich wódz Hitler powiedział, że nikt nie sądzi zwycięzców. Okazało się zresztą po wojnie, że przeważnie i pokonanych nie sądziło się i nie sądzi za zbrodnie przeciw ludzkości.

Wkrótce po morderstwie gestapo przestało kryć i przed Polakami, że jest ono jego sprawcą. Wdowa po prof. Piłacie otrzymała na własne żądanie z dowództwa gestapo przy ul. Pełczyńskiej świadectwo zgonu męża. Było to wyraźne stwierdzenie, kto był sprawcą tej okrutnej i bezpodstawnej zbrodni. Również Menten uzyskał z gestapo przy ul. Pełczyńskiej świadectwo zgonu państwa Ostrowskich, które widział u niego prof. Groër.

Dnia 11 lipca, a więc w tydzień po krwawej nocy z 3 na 4, zostali uwięzieni dwaj dalsi profesorowie, tym razem obaj z Akademii Handlu Zagranicznego: 51-letni matematyk Stanisław Ruziewicz i 53-letni ekonomistaHenryk Korowicz. Zabrano ich z domu po południu i wszelkie poszukiwania na gestapo i komisariatach policji ukraińskiej okazały się bezowocne. Nikt rzekomo nie wiedział ani słyszał o tych aresztowaniach.

W gmachu gestapo przy ul. Pełczyńskiej nadal był więziony prof. Kazimierz Bartel. Widocznie gestapo lwowskie oczekiwało na instrukcje ze swej centrali w Berlinie. Jak pisał w liście do żony w dniu 16 VII 1941 r., nie przesłuchiwano go w ogóle: „Z rozmów prywatnych z oficerami wnoszę, że niebezpieczeństwo może wypływać z mego stanowiska premiera. W Moskwie umawiałem się (!!) ze Stalinem, tu miałem wielkie jakieś stanowiska (!) echa tego dochodziły przecież i do nas tu — mowa Churchila i Sikorskiego — tak mi wprost mówili, każą organizować współpracę z bolszewikami, a któż do tego jest najbardziej przygotowany”.

Współwięzień Antoni Stefanowicz potwierdził mi, że Bartel nie był przesłuchiwany i nie odbyła się żadna rozprawa sądowa. Gdy podczas pobytu w więzieniu przy ul. Pełczyńskiej zachowanie się gestapowców wobec Bartla było względnie poprawne, pozwolono na przynoszenie mu obiadów z domu, pisanie i otrzymywanie listów od żony, to po przeniesieniu ich obu do więzienia przy ul. Łąckiego, co według Bartlowej nastąpiło około 21 lipca, stało się ono brutalne, ale obiady nadal otrzymywał z domu. Wyzywano go od pachołków żydokomuny i pewnego razu, jak podał Stefanowicz, gestapowiec kazał Bartlowi czyścić buty Ukraińcowi z Hilfsgestapo, „by polski profesor i minister czyścił buty parobkowi ukraińskiemu od koni”. Bartel był załamany psychicznie i, jak pisał mi Stefanowicz, nie mógł zrozumieć istoty całej tragedii.

Należy wątpić w spotkanie Bartla ze Stalinem, ale istotnie wyjeżdżał on do Moskwy, jak oświadczyła mi Bartlowa, w sprawie tłumaczenia na język rosyjski dzieła Perspektywa malarska. Oczywiście, że mógł dziwić wyjazd w takiej sprawie aż do Moskwy, skoro można było ją załatwić na miejscu we Lwowie24.

Wielu dziwiło, że Bartel nie wyjechał do Moskwy z wycieczką zorganizowaną dla profesorów wyższych uczelni Lwowa w 1940 r., lecz samotnie w innym czasie24. Rosjanie, którzy cechują się w swej polityce dalekowzrocznością, mogli myśleć o Bartlu jako o przyszłym przywódcy narodu polskiego. Oczywiście nie wchodzę w to, czy byłby on na tę rolę się zgodził. Przetrzymywanie jego przez Niemców i to na początku w dobrych warunkach nasuwa myśl, że i oni mogli myśleć o Bartlu jako ewentualnym przywódcy. Nie można wykluczyć, że gdy w 1941 r. szli od zwycięstwa do zwycięstwa, zrezygnowali z Bartla i dlatego 26 VII o świcie zamordowali go na rozkaz Himmlera.

Hamburski dziennik „Die Welt” doniósł 2 VIII 1968 r., że odnaleziono w Norymberdze tajny dokument hitlerowskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych opatrzony znakami NG 4567 dowodzący, że nuncjusz papieski Cezare Orsenigo interweniował 26 V 1942 r. w tym Ministerstwie u podsekretarza stanu Ernsta von Weizsäckera w sprawie uwięzionych lwowskich profesorów, których nazwiska wymienił. Weizsäcker zwrócił uwagę, że interwencja ta jest pozbawiona formalnych podstaw, gdyż wśród aresztowanych nie było osób duchownych. Oczywiście było to nieprawdą, gdyż, jak wiadomo, wśród zamordowanych profesorów znalazł się również ksiądz, dr teologii Władysław Komornicki. Weizsäcker, jak wynika z dokumentu, dowiedział się jednak od gestapo, jaki los spotkał profesorów, gdyż dopisał na nim własnoręcznie słowo „liquidiert”. Do tego miejsca informacje „Die Welt” są oparte na oryginalnym dokumencie. Następna natomiast informacja jest raczej domysłem. Czytamy, że centrala gestapo w Berlinie poleciła swej filii we Lwowie wybadać, czy aresztowany były premier Kazimierz Bartel zgodziłby się kolaborować z Niemcami za cenę uratowania swego życia. Prof. Bartel bez chwili wahania odrzucił tę propozycję i wówczas na osobisty rozkaz Hitlera został stracony.

Jan Weinstein25 przytoczył w paryskich „Zeszytach Historycznych” treść pospiesznego pisma (Schnellbrief), podpisanego przez Müllera, zastępcę szefa Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa (Heydricha) wysłanego do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Otóż w piśmie tym czytamy, że polski profesor Kazimierz Bartel Już na początku 1941 r. prowadził z rosyjskimi władzami pertraktacje, mające na celu utworzenie pod jego przewodnictwem rządu krajowego (Landesregierung), który by potem wespół ze Związkiem Sowieckim miał wypowiedzieć wojnę Niemcom. W związku z powyższym bawił on kilkakrotnie w Moskwie. Kontrofensywa niemiecka położyła kres tym machinacjom.

Bartel został 26 VII 1941 r. zasądzony zgodnie z prawem. Nie posiadamy żadnego potwierdzenia „winy” Bartla, ale z całą pewnością został on zgładzony bez wyroku sądowego, gdyż wiedziałby coś na ten temat Antoni Stefanowicz przebywający w więzieniu z profesorem.

O powierzeniu odpowiedzialnego politycznego stanowiska prof. Bartlowi myślały nie tylko władze radzieckie i niemieckie. Generał Sikorski po zawarciu ugody ze Stalinem pragnął mianować Bartla ambasadorem polskim w ZSRR. Jak pisał prof. Kot26, Sikorski oceniał postawę Bartla w latach 1939-1941 jako pełną godności, rozumu i odwagi i poszukiwał go w Związku Radzieckim. Nie znalazłszy go tam, desygnował na to stanowisko prof. Kota. Warto nadmienić, że willę Bartlów przy ul. Herburtów 5 zajął szef lwowskiego gestapo — dr Eberhard Schoengarth, mieszkanie Ostrowskich wyrabował v. Menten, a mieszkanie prof. Dobrzanieckiego zajął przyjaciel Mentena, Ukrainiec, dr med. Wreciono, brat komendanta ukraińskiej policji we Lwowie.

Gdy zarysowała się hitlerowska klęska wojenna, przystąpiło gestapo w 1943 r. do zacierania śladów swych zbrodni na Polakach, Żydach, Ukraińcach, Rosjanach i innych narodach. Utworzono z Żydów-niewolników, tzw. Sonderkommando 1005, które miało za zadanie odkopywanie grobów, wydobywanie trupów, przewożenie ich do Lasu Krzywczyckiego i palenie. Masowe, 4-letnie mordowanie ludzi we Lwowie odbywało się na tzw. Piaskach Janowskich i w Lesie Krzywczyckim, znajdującym się za rogatką łyczakowską. Prawdopodobnie prof. Bartel zginął na Piaskach Janowskich i tam został pogrzebany. W Lesie Krzywczyckim mordowano początkowo jeńców radzieckich, a potem Polaków i przede wszystkim Żydów. Opis tworzenia i działalności oddziału 1005 podał Leon Weliczker w swej interesującej pracy pt. Brygada śmierci „Sonderkommando 1005″. Inny członek tej brygady, Żyd Edward Gleich, potwierdził słowa Weliczkera w obszernym zeznaniu przekazanym mi pisemnie. Odwiedziłem 3 IX 1944 r. wraz z Tomaszem Cieszyńskim i 3 Żydami, członkami Sonderkommando 1005, zlikwidowany obóz w Lesie Krzywczyckim. Ślady kilkunastu masowych grobów (wielkości od 5 x5 do 7 x7 — głębokość różna) były wciąż jeszcze dobrze widoczne, choć zwłoki zostały wykopane i spalone. Przy próbnych kopaniach widać było ziemię gęsto przepojoną krwią. Wszędzie czuć było gnijące zwłoki, choć dawno już były spalone.

Jakaż organizacja była potrzebna, aby setki tysięcy zdrowych osób, mężczyzn, kobiet i dzieci zabić, pogrzebać, a następnie ekshumować i spalić. Ileż to dziesiąt-tysięcy żywych Żydów przywożono tu autami, kazano im się rozebrać, po czym zabijano i od razu palono. Następnie przesypywano na sitach popioły, wydobywając z nich złote zęby i ukryte kosztowności w przewodzie pokarmowym i narządzie rodnym kobiecym po czym nie spalone całkowicie kości mielono w żwirowym młynie i rozsiewano wraz z popiołami po lesie. Czasem w ciągu 1 dnia zabijano 2400 Żydów lub palono 3000 ekshumowanych.

Weliczker i Gleich podali, że w przeddzień wielkiego święta żydowskiego Jom-Kipur, tj. 8 X 1943 r. późnym wieczorem wyruszyła z obozu w Lesie Krzywczyckim ekipa 20 Żydów pod dowództwem esesowców na Wzgórze Wuleckie, by odkopać zwłoki profesorów i ich towarzyszy. Gdy mimo kopania na głębokość kilku metrów zwłok nie odnaleziono, udał się jeden z oficerów do gestapo przy ul. Pełczyńskiej i stamtąd przyjechał wyższy rangą oficer, Kurt Stawizki. Bez wahania wskazał na właściwe miejsce, co mogło być dowodem, że brał udział w rozstrzeliwaniu profesorów. Należy zresztą pamiętać, że każdy grób był w ścisłej ewidencji gestapo i że w każdym grobie znana była dokładna liczba osób w nim leżących.

Żydzi zwrócili uwagę, że tym razem byli to „ludzie z wyższej sfery”, gdyż ubrania były porządne i wypadały z kieszeni złote zegarki i łańcuszki, wieczne pióra z nazwiskami Witold Nowicki, Tadeusz Ostrowski. Żydzi domyślali się, że chodzi o grób profesorów, tak dobrze znanych we Lwowie. Wobec tego, że łączono z tymi profesorami też prof. Bartla, który zginął jednak 24 dni później od nich, o czym wykopujący zwłoki nie wiedzieli, wymieniano jednym tchem nazwisko Bartla z Ostrowskim, Nowickim, Stożkiem i innymi. Byłem zapytywany przez niektórych zainteresowanych tym morderstwem, czy nie dołączono trupa Bartla do grobu profesorów. Jakiż cel mieliby Niemcy w takim postępowaniu? Czyż mieliby rozkopywać grób tylko dlatego, aby koniecznie wszyscy profesorowie byli w jednym grobie? Moim zdaniem Bartel, Ruziewicz, Korowicz i Mączewski zostali zastrzeleni i pogrzebani w innym miejscu, zapewne na Piaskach Janowskich, leżących na przedmieściu Lwowa.

Ekshumowane zwłoki rozstrzelanych na Wzgórzach Wuleckich profesorów i ich współtowarzyszy przewieziono bezzwłocznie do Lasu Krzywczyckiego i następnego dnia, tj. 9 października, dorzucono je do kilkuset innych trupów i spalono wspólnie na olbrzymim stosie. Zachowane resztki kości zmielono w żwirowym młynie i wraz z popiołami rozrzucono po okolicznym lesie.

Dnia 6 maja 1945 r. udałem się z pisarzem radzieckim Władymirem Bielajewem nad opróżniony grób profesorów, leżący na zboczu Wzgórz Wuleckich. Bielajew zajmował się tragedią profesorów i publikował dane o niej27. Znalazł on uprzednio w tym miejscu kilka łusek z pocisków karabinka, strzęp ubrania i kość skroniową, rozpoznaną przez prof. anatomii Tadeusza Marciniaka jako ludzką. Sam obecnie znalazłem jeszcze jedną łuskę, strzęp innego ubrania i kość śródręcza ludzkiego. Gdyby się przekopało jeszcze raz zasypany grób, na pewno znalazłoby się więcej rzeczy udowadniających zbrodnię hitlerowską.

Doc. Karolina Lanckorońska, uwięziona w 1943 r. przez Hansa Krügera28, komendanta gestapo w Stanisławowie, dowiedziała się od niego, że należał on do grupy aresztującej profesorów tragicznej nocy z 3 na 4 lipca 1941 r. Krüger podchmielony alkoholem, będąc pewny, że podzieli ona los jego 250 ofiar, nauczycieli szkół średnich i podstawowych, adwokatów, sędziów, lekarzy oraz dziesiątków tysięcy Żydów przyznał się do uczestnictwa w tej zbrodni. Lanckorońska dzięki interwencji włoskiego dworu królewskiego została w ostatniej chwili zabrana ze szponów Krügera do lwowskiego gestapo. Tu spotkała Waltera Kutschmanna, wroga Krügera, któremu wyjawiła, że zna tajemnicę śmierci lwowskich profesorów. Kutschmann spowodował w Berlinie proces przeciw Krügerowi, na którym Krüger został zasądzony za zdradę tajemnicy służbowej29. Lanckorońską zesłano do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, skąd została jednak zwolniona wskutek starań jej przyjaciela, prof. C. Burckhardta, prezesa międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie. Bardzo interesujący opis tych przejść umieściła Lanckorońska w numerach 46-4830 londyńskiego „Orła Białego”, a częściowo powtórzony przeze mnie w 1964 r.

Wielu Polaków mylnie sądzi do dziś. że masakry profesorów dokonali Ukraińcy. Gdyby tak było, prokurator hamburski nie przyznałby po wojnie, że było to dzieło jego rodaków — Niemców. Gdy docent Helena Krukowska wniosła do sądu w Ludwigsburgu skargę o zamordowanie jej męża, prof. Włodzimierza i pozostałych profesorów, prokurator Below napisał jej, że winnymi morderstwa są: Himmler, Frank, Schongarth, SS-Standartenflihrer Heim i prawdopodobnie SS-Hauptscharfuhrer Horst Waldenburger, ale ci wszyscy ludzie nie żyją, a pozostałych winnych poszukuje się. Prokurator ów przyznał, że tylko ekipa rozstrzeliwująca składała się z Ukraińców, tłumaczy, ubranych w mundury formacji SS. W 1976 r. zwrócił się do mnie prokurator Nachtigall-Marten z Hamburga, by mu podać nazwiska gestapowców, którzy aresztowali lwowskich profesorów. Podałem nazwiska oficerów: Hansa Krügera, Waltera Kutschmanna, Kurta Stawizkiego i komisarza policji Kurta, podoficerów Hackego i Kohlera oraz Holendra Pietera Nikolaasa Mentena.

Po wojnie, przebywając stale za granicą, wyczytała doc. Lanckorońska w gazecie, że w Münster toczy się proces przeciw Krügerowi za wymordowanie tysięcy Żydów, ale nie Polaków, w Stanisławowie. Zgłosiła się na rozprawę jako świadek i zeznawała przeciw Krügerowi obwiniając go o zamordowanie profesorów.

Sąd jednak przyjął, że brak jest dowodów, by Krüger mordował profesorów we Lwowie, uważając, że mogły to być tylko jego przechwałki i próby zastraszenia aresztowanej. Krüger za swe zbrodnie w Stanisławowie został jednak zasądzony na dożywocie. Według przepisów zachodnioniemieckich, ten, kto został skazany na najwyższy wymiar kary (w Niemczech nie ma kary śmierci), nie może być pociągany do odpowiedzialności za inne, choćby najcięższe zbrodnie. To właśnie uniemożliwiło sądzić Krügera za morderstwo profesorów. Na żądanie Władysława Żeleńskiego prokurator przesłuchał Krügera, ale ten wyparł się udziału w zbrodni lwowskiej. Prokurator zawiesił dochodzenie uważając, że dalsze wyjaśnienie należy już tylko do historyków. Wszelkie starania doc. Lanckorońskiej, doc. Krukowskiej, Władysława Żeleńskiego — bratanka Tadeusza Boya i innych nie posunęły naprzód sprawy postawienia przed sądem sprawców krwawej nocy lipcowej. Władysław Żeleński ogłosił szereg artykułów w londyńskich „Wiadomościach” na temat zbrodni we Lwowie31. Sprostował on również w czasopiśmie „Die Welt” kłamliwą informację, że mord dokonany na profesorach był po prostu na tle rasowym, jako że zamordowani mieli być Żydami. Żeleński wykazał, że wśród 22 profesorów rozstrzelanych 4 lipca nie było ani jednego Żyda32.
Wielu Polaków stawiało pytanie, skąd Niemcy mieli listę zgładzonych profesorów. Nie jest to istotne dla całej sprawy, gdyż można było nazwiska z adresem uzyskać choćby z przedwojennej książki telefonicznej. Można jednak wierzyć Walterowi Kutschmanowi, który oświadczył doc. Lanckorońskiej, że listę dostarczyli gestapo Ukraińcy. Całe szczęście, że na liście umieszczono tylko 25 profesorów. Przecież sam Uniwersytet posiadał 158 docentów i profesorów, a dochodzi do tego olbrzymia Politechnika, Akademia Medycyny Weterynaryjnej i Akademia Handlu Zagranicznego.

Sądząc z tego, że gestapo owej lipcowej nocy poszukiwało zmarłych w czasie wojny: okulistę prof. Adama Bednarskiego i dermatologa prof. Romana Leszczyńskiego33, należy przypuszczać, że lista powstała jeszcze w Krakowie. Wskutek odcięcia granicą od Lwowa w Krakowie nie wiedziano, kto w tym czasie zmarł. Najbardziej prawdopodobne wydaje się, że krakowskie gestapo przed wybuchem wojny niemiecko-radziecki ej zażądało od Ukraińców, studentów lub absolwentów wyższych uczelni lwowskich, podania nazwisk i adresów znanych im profesorów. Stąd taka względnie krótka, na szczęście, lista.

W 1954 r. z inicjatywy prof. dermatologii Henryka Mierzeckiego powstał we Wrocławiu Międzyuczelniany Komitet Uczczenia Pamięci Lwowskich Pracowników Nauki, którego celem było zebranie funduszów na budowę pomnika we Wrocławiu. Dzięki energii i staraniu członka tego Komitetu, prof. Wiktora Wiśniowskiego, 3 X 1964 r. przy placu Grunwaldzkim nastąpiło uroczyste odsłonięcie pomnika, dzieła artysty rzeźbiarza Borysa Michałowskiego, przez b. rektora Uniwersytetu Lwowskiego, prof. Stanisława Kulczyńskiego, wówczas zastępcę przewodniczącego Rady Państwa. Niestety, wskutek nakazu władz istnieje na pomniku napis, że został on wystawiony ku czci wszystkich polskich naukowców zabitych i zmarłych w czasie okupacji hitlerowskiej, zamiast imiennie ku czci pomordowanych profesorów lwowskich. Prof. Kulczyński w swoim pięknym przemówieniu w czasie odsłonięcia pomnika mówił wyłącznie o rozstrzelanych profesorach lwowskich.

W 1966 r. w 25 rocznicę śmierci profesorów odsłonięto w kościele o.o. Franciszkanów w Krakowie tablicę z nazwiskami ofiar hitleryzmu. Niestety, opuszczone zostało nazwisko prof. Stanisława Ruziewicza. Opodal tej tablicy istnieje osobno umieszczone epitafium ku czci prof. Kazimierza Bartla. Dnia 29 VI 1981 r. kilka dni przed 40 rocznicą zamordowania lwowskich profesorów odsłonięto dwie tablice z nazwiskami ofiar hitleryzmu: jedną z inicjatywy prof. Włodzimierza Trzebiatowskiego w holu Oddziału Polskiej Akademii Nauk we Wrocławiu przy ul. Podwale 75 i drugą z inicjatywy rektora Uniwersytetu prof. Kazimierza Urbanika w korytarzu głównego gmachu Uniwersytetu. Odsłonięcie tej ostatniej było połączone z uroczystą sesją naukową zorganizowaną przez Uniwersytet. W przeddzień 36 rocznicy wygłoszenia pierwszego wykładu w języku polskim na Uniwersytecie i Politechnice34 we Wrocławiu, tj. 14 XI 1981 r., nastąpiło odsłonięcie kolejnej tablicy z nazwiskami pomordowanych profesorów, tym razem przed pomnikiem przy placu Grunwaldzkim, wzniesionym w 1964 r. Tablicę ufundowały senaty szkół akademickich miasta Wrocławia. W ten sposób pomnik przestał być anonimowy; ludzie, którzy nie szczędzili nań pieniędzy, wreszcie doczekali się, że ich szlachetne intencje spełniły się. Uroczystość odbyła się w wysoce wzniosłym nastroju. Wokół pomnika przy dźwiękach marsza żałobnego Chopina zgromadziły się poczty sztandarowe młodzieży wszystkich uczelni akademickich, delegacja Armii Krajowej ziemi lwowskiej ze sztandarem, wszyscy rektorzy i prorektorzy w togach, z insygniami, rodziny pomordowanych profesorów, ich uczniowie, przyjaciele oraz tłumy mieszkańców Wrocławia.

Pierwszy przemówił przewodniczący Kolegium Rektorów, rektor Akademii Medycznej, prof. Marian Wilimowski, po czym w imieniu uczniów pomordowanych profesorów prof. Wiktor Wiśniowski, a w imieniu Polskiej Akademii Nauk prof. Bogusław Bobrański. Odsłonięcia tablicy dokonała wdowa po profesorze Witkiewiczu, dr Maria Witkiewiczowa. Biskup Urban poświęcił tablicę, pomnik i urnę z ziemią przywiezioną z miejsca kaźni we Lwowie, a następnie odprawił egzekwie żałobne, jako że zabici nie mieli pogrzebu. Urnę wmurował doc. Tomasz Cieszyński, syn zamordowanego prof. Antoniego Cieszyńskiego. Po złożeniu wieńców i kwiatów, zebrani odśpiewali Rotę Konopnickiej i po odegraniu marsza żałobnego Chopina nastąpiło zakończenie uroczystości.

Również we Lwowie zamierzano uczcić pamięć profesorów pomordowanych przez hitlerowców. W miejscu kaźni na stoku Wzgórz Wuleckich zaczęto w 1956 r. budować pomnik. Stanęły rusztowania, powstały kontury pomnika, wkrótce jednak zaprzestano dalszej budowy i po latach rozebrano rusztowanie, wyrównując teren po usunięciu zaczątków budowy.

Rozstrzelanie lwowskich profesorów było tematem szczegółowego opracowania już w 1964 r. Dzięki staraniom prof. Józefa Bogusza ukazała się w pierwszym oświęcimskim zeszycie „Przeglądu Lekarskiego” pracaZygmunta Alberta pt. Zamordowanie 25 profesorów wyższych uczelni we Lwowie przez hitlerowców w lipcu 1941 r.35 Nieznacznie zmieniona i skrócona ta sama praca została opublikowana w II tomie książki Okupacja i medycyna36.
W obu tych pracach zamieszczone zostały krótkie rysy biograficzne wszystkich pomordowanych docentów i profesorów oraz zdjęcia profesorów Wydziału Lekarskiego. W obecnej publikacji znalazły się zdjęcia wszystkich (z wyjątkiem prof. Korowicza, którego zdjęcia mimo poszukiwań nie udało się odnaleźć nawet u rodziny) pomordowanych profesorów i ich rodzin, tym razem z wszystkich wyższych uczelni. Tu też znalazły się nowe szczegóły rozstrzelania, śledztwa, ścigania i wykrycia sprawców tej zbrodni, podjęte przez Polaków na emigracji i w kraju. Tygodnik „Gwiazda Polarna”, ukazujący się w Stanach Zjednoczonych, przedrukował w czerwcu 1975 r. pierwszą wersję wspomnianej pracy, ale bez zdjęć. W ten sposób świat poznał jeszcze jedną okrutną zbrodnię dokonaną przez hitlerowców, tym razem na uczonych tego narodu, którego zagładę od wielu lat starannie planowali. Zamieszczona w obecnej pracy dokumentacja, zbierana w trudnych warunkach w sposób nieprzerwany od lipca 1942 roku, stara się wyjaśnić tajemnicę mordu lwowskiego i utrwalić w pamięci tamte wydarzenia.

Niech ta księga, podobnie jak wmurowane tablice i pomnik, będą naszym hołdem złożonym pomordowanym profesorom i niech trwale przypominają o nich następnym pokoleniom. Oby taka zbrodnia nigdy więcej się nie powtórzyła.


Przypisy
1 Okupacja i ruch oporu w Dzienniku Hansa Franka, t. I: 1939-1942, Warszawa 3970, s. 217-2)8.
2 O jednego mniej.
3
W istocie mieli 82 i 74 lat.
4
Gospodyni prof. Dobrzanieckiego nie była aresztowana, lecz jej mąż, który do służby nie należał. 
5
Był to woźny Wojtyna, aresztowany wraz z prof. Witkiewiczem i następnie zwolniony.
6 Mimo to 11 XI 1942 r. prof. Groër został z 15 innymi lekarzami aresztowany.
7 Właściwa nazwa: Zakład Wychowawczy im. Abrahamowiczów.
8 Omyłka, gdyż wówczas strzelaliby nie w stok, lecz w kierunku budynków mieszkalnych przy ul. Nabielaka.
9 Żony prof. Longchamps nie aresztowano.
10 Ekshumacja nastąpiła dopiero w 1943 r.
11 Był to prof. Roman Witkiewicz.
12 Chodzi o Józefa Wojtynę, aresztowanego wraz z prof. Witkiewiczem i następnie zwolnionego. Był on sublokatorem prof. Witkiewicza i woźnym na Politechnice.
13 Niesiono inż. Adama Ruffa, który w czasie identyfikacji w Zakładzie im. Abrahamowiczów dostał ataku epileptycznego. Oficer gestapo wyciągnął pistolet i bez wahania zabił go na miejscu. 
14
Nie był to prof. Bartel, lecz okulista doc. Jerzy Grzędzielski, który również mocno utykał.
15 A. Drożdźyński i J. Zaborowski, Oberldnder. Przez „Ostforschung” wywiad i NSDAP do rządu NRF, Warszawa 1960, s. 77-85. 
16
S. Sterkowicz, Tadeusz Boy-Żeleński, lekarz — pisarz — społecznik. Warszawa 1974.
17 Dr inż. Zbigniew Schneigert, wychowanek lwowskiej Politechniki, mieszka obecnie w Zakopanem.
18 Chodzi o Kazimierza Wojtasa, urodzonego w 1906 r. i zmarłego w 1975 r. w Opolu.
19 II Dom Techników przy ul. Abrahamowiczów był domem studentów Politechniki.
20 Rysunek dr Schneigerta znajduje się w dokumentacji.
21 Dr Schneigert dodatkowo wyjaśnił mi, że do miejsca wyładowania ofiar prowadziła ulica brukowana, natomiast dalej istniał tylko wykop przyszłej ulicy. To tłumaczy, dlaczego auto dalej nie pojechało.
22
Albert, Lwowski Wydział Lekarski w czasie okupacji hitlerowskiej, 1941-, Prace Wrocławskiego Towarzystwa Naukowego, Wrocław 1975, s. 31.
23 Ibidem, s. 25.
24
M. Kamieński, W sprawie wyjazdu profesorów lwowskich w r. 1940 do Moskwy, Życie Literackie, 1972, XXII, nr 17 (1056), s. 7; W. Żeleński, Podróże profesorów lwowskich w r. 1940 do Moskwy, Wiadomości (Londyn), nr 1523 z dnia 8 VI 1975.
25. J. Weinstein, Dokumenty w sprawie zamordowania przez gestapo b. premiera Prof. Kazimierza Bartla, Zeszyty Historyczne, 1967, s. 93.
26. S. Kot, Listy z Rosji do Gen. Sikorskiego, Londyn 1956, s. 16.
27 W. Bielajew i M. Rudnycki, Pod czużymi znamienami, Wyd. Mołodaja Gwardia, 1954, s. 84-107; W. Bielajew, Granica w ogniu, Moskwa 1967; tenże, Tajnia Wulki, Lwowskaja Prawda, 4 VII (1956: tenże, Uczeni płoną na stosach, Czerwony Sztandar, 2 XII 1944; tenże, Wiszniewyje Alleji — Zagadka Wuleckich Chołmow, Moskwa 1981, s. 292-326. 
28
Hans Krüger pochodził z poznańskiego i miał dobrze mówić po polsku, tak że mieszkańcy Stanisławowa uważali go za volksdeutscha.
28 Po zakończeniu II wojny światowej Krüger podawał, że był karany za swą wrogość wobec reżimu hitlerowskiego, a nie za zdradę tajemnicy służbowej. 
30
Patrz dok. nr 16.
31 W. Żeleński Odpowiedzialność za mord profesorów lwowskich, Wiadomości, rok XXIX, nr 17, 5 V 1974; tenże, By skończyć ze zmową milczenia, ibidem, nr 18, 12 V 1974; tenże, Podróże profesorów lwowskich do Moskwy w r. 1940, ibidem, nr 1523, 8 VI 1975. 32 W. Żeleński, Ungeklaerter Mord in Lemberg, Die Welt, 5/6 VII 1974. Odpowiedź na artykuł W. Kahla i W. Pfuhla, Krach zwischen „DDR” und Polen wegen Rehabilitation Oberlaenders, umieszczony w Die Welt z dnia 4 VII 1975,
32 Zamordowany 11 lipca Henryk Korowicz był wprawdzie pochodzenia żydowskiego, ale nazwisko jego było polskie i z całą pewnością hitlerowcy nie aresztowali go jako Żyda, lecz jako polskiego uczonego, podobnie jak tamtych 22 oraz Ruziewicza i Bartla.
33 Pogłosce o próbie aresztowania tej nocy prof. Napoleona Gąsiorowskiego zaprzeczyła w liście do mnie wdowa. 
34
Od 1945 do 31 XII 1949 r. Uniwersytet i Politechnika we Wrocławiu były pod berłem jednego rektora, prof. Stanisława Kulczyńskiego.
35 Przegląd Lekarski, 1964, R. XX, s. 58-77.
36 Okupacja i medycyna, Warszawa 1975, t. II, s. 168-188.